- Od kuchni
- Ludzie
Najlepszy hummus w Krakowie – Hummusija Amamamusi
- Lokalizacja
- Bar z hummusem
- Przyjazny zwierzętom
Do Hummusii Amamamusi wpada się nie tylko z potrzeby zjedzenia pysznej pasty z ciecierzycy, ale też, by spotkać się z ludźmi, porozmawiać, odpocząć od miejskiego zgiełku.
Stojąc w progu Hummusii Amamamusi, wystarczy podnieść wzrok, by zobaczyć okna mieszkania hummusotwórców – Kasi Pilitowskiej i Barta Sudera. W weekendy zaludniają je znajomi i goście z całego świata. Kasia mieszka tu od 13 lat – w pół drogi pomiędzy bawiącym się do rana pl. Nowym a Bulwarami Wiślanymi, gdzie codziennie spaceruje z Racuchem, wiecznym szczeniakiem rasy hovawart. W pięknej, blisko 40-metrowej kuchni krząta się Bart, który za chwilę zbiegnie po schodach, by przejść szybkim krokiem na drugą stronę ulicy i otworzyć Hummusiję Amamamusi. I przygotować codzienną porcję hummusu, czyli pasty z ciecierzycy, tahini, soku z cytryny, oliwy, soli i czosnku. Jak mówi, hummus sam go znalazł.
Trzy lata temu stracił pracę i ruszył z paczką kumpli w podróż samochodami terenowymi z Przylądka Igielnego w Afryce do Krakowa. Wyprawę nazwali GloBall, bo w trakcie przeszło trzymiesięcznej podróży rozgrywali mecze piłki nożnej z dziećmi z kilkunastu afrykańskich miejscowości. – W drodze powrotnej kolega zapytał, co będę robić w Krakowie. Na desce rozdzielczej stało opakowanie hummusu, w którym się rozsmakowałem. Niewiele myśląc, odpowiedziałem: „Będę robił hummus” – opowiada Bart. Tak też się stało, mimo że nie bardzo potrafił wtedy gotować.
Na szczęście nie był to zupełnie nowy temat dla Kasi, która kilka lat wcześniej prowadziła na krakowskim Kazimierzu knajpę Flower Power. Na parę tygodni ich kuchnia stała się laboratorium, w którym ciężko pracowali nad finalnym smakiem i konsystencją pasty. Sąsiedzi i znajomi byli krytykami, w roli ekspertów wystąpili organizatorzy Festiwalu Kultury Żydowskiej. Na początku hummus można było zamawiać do domu i biura lub zjeść w kilku krakowskich miejscach (wtajemniczeni zamawiali też smażone przez Kasię konfitury). Kiedy pojawiła się okazja wynajęcia lokalu po drugiej stronie ulicy od ich mieszkania, nie zastanawiali się długo.
Schodzimy do Hummusii na drugie śniadanie. Bart zdążył już zrobić pierwszą partię cieciorkowej pasty. Jedna ze ścian wygląda znajomo – właściciele powtórzyli na niej wzór, który wybrali do mieszkania. Atmosfera w lokalu jest zresztą bardzo domowa. Nie jest o to trudno, bo jest mniejszy niż kuchnia Kasi.
Przestępując próg, mamy wrażenie, że przez przypadek weszliśmy do czyjegoś mieszkania. Drewniany blat, zamówiony u znajomego krakowskiego stolarza, kuchenka, kilka krzeseł. – Zdarzało się, że ktoś otwierał drzwi na zaplecze, bo był przekonany, że dalej ukryta jest kolejna sala – śmieje się Bart. Hummus robiony jest na oczach gości. Można wybrać pastę z różnymi dodatkami: od ostrych marynowanych papryczek po suszone pomidory. – Robiliśmy nawet wersje z kiszoną kapustą albo z suską sechlońską, czyli podsuszaną i podwędzaną śliwką – wymienia Kasia.
Trochę przez swój rozmiar, trochę przez osobowość właścicieli, Hummusija stała się miejscem, do którego można przyjść i się wygadać. Bartowi, ale i innym siedzącym przy barze osobom. – To magia hummusu! – wykrzykuje Bart. – Podjada się go z miski, bez lęku, że wystygnie. Ręce nie są zajęte sztućcami, można rozmawiać i gestykulować do woli.
Co chwilę wpadają sąsiedzi, właściciel sklepu obok przychodzi rozmienić pieniądze, kurier rowerowy przyjeżdża po partię hummusu zamówioną przez znajomą kancelarię prawną. Przed Hummusiją na ławce zrobionej przez krakowskiego artystę Bartolomea Koczenasza (według projektu Kasi i Barta) przycupnęła starsza pani zmęczona dźwiganiem zakupów, obok handlarz starzyzną, pan Szkiełko, prezentuje Bartowi swoje zdobycze (kieliszki na nalewki pięknie wzbogacą kolekcję Kasi). Życie w tej części Krakowa za sprawą hummusu płynie jakby wolniej.