- Od kuchni
- Od kuchni
Salsa na talerzu, czyli przegląd najlepszych latynoskich restauracji w stolicy
Kiedy żar tropików opanowuje miasto, nachodzi nas ochota na meksykańską pikanterię chili i orzeźwiającą lekkość cytrusowego ceviche. Gdzie je zjeść? Wyszukaliśmy dla was najlepsze restauracje meksykańskie z południowoamerykańskim jedzeniem w Warszawie.
Ceviche Bar
ul. Twarda 2/4
Ceviche, narodowa potrawa Peru, którą ochoczo zapożyczyły sobie wszystkie kraje latynoskie, ma korzenie w kuchni nikkei. To mieszanka tradycyjnej andyjskiej kultury kulinarnej poddanej wpływom japońskich imigrantów i ich smaków. Ceviche kocha cały świat, wcale nie mniej niż sushi, z którym łączy go wyjściowy składnik, czyli surowa ryba.
Na tym podobieństwa się kończą, bo w smaku, sposobie podania i filozofii tym daniom bardzo do siebie daleko. Sushi, przygotowywane z chirugiczną wręcz precyzją, uwypukla czysty smak ryby. W ceviche rybie mięso jest krótko marynowane (zaledwie kilka minut przed podaniem). Marynata to sok z cytrusów lub specjalna, słodkokwaskowa marynata leche de tigre (w dosłownym tłumaczeniu: „mleko z tygrysa”), która ścina wierzchnie tkanki mięsa, co nadaje mu wyrazistego smaku. Wnętrze rybiego kawałka pozostaje surowe.



Danie, niedbale wrzucone do miseczki i wymieszane ze świeżymi dodatkami, jest równie beztroskie w wyrazie, jak ludzie, którzy je stworzyli. Cały świat kocha je od dawna, Polaków rozkochał w ceviche pierwszy polski Master Chef, Argentyńczyk Martin Gimenez Castro, który otworzył pierwszą i jedyną w kraju restaurację specjalizującą się w tym wyśmienitym smakołyku.
W jego restauracji na ul. Twardej 2/4 karta zmienia się sezonowo, ale zawsze znajdziecie tu ceviche z korwina, tuńczyka, krewetek z dodatkiem batatów, awokado, marakui, chili, kolendry, kukurydzy w różnych kombinacjach. Warto też skusić się na tiradito, czyli przypominające sashimi cienkie plastry marynowanej ryby. Moje ulubione to te z tuńczyka z czarną quinoą, sezamem i chili. Kolację koniecznie uzupełnijcie o koktajle. Wybierzcie coś ze specjalnej karty w duchu nikkei, ale nie pomijajcie klasycznego peruwiańskiego pisco sour – nie widnieje co prawda w menu, ale zawsze jest tu numerem jeden.
O Ceviche Bar miejscu przeczytasz również w naszym artykule.
La Sirena: The Mexican Food Cartel
ul. Piękna 54
Malutką La Sirenę ciężko jest przeoczyć nie tylko ze względu na charakterystyczny szyld w kształcie syreny z meksykańską czaszką, ale przede wszystkim ze względu na kolejkę klientów przed drzwiami. Tłumnie przybywający goście są zawsze dobrym zwiastunem, ale też sygnałem, że lepiej wcześniej zrobić rezerwację. Restauracja meksykańska jest niewielka i zawsze panuje w niej tłok, zupełnie jak na wakacjach nad morzem, kiedy pijani turyści i lokalsi tłoczą się wokół stolików z margaritą w jednej ręce i tacos w drugiej. Zamiast tej pierwszej lepiej zamówić któregoś z autorskich drinków, np. nemo z aperolem, cachacą, goździkami i mandarynką albo gatito, czyli kociaka na bazie rumu, orzechów, ananasa, owsa z jogurtową pianką i przyprawami. Natomiast co do tacos, ich nie możecie pominąć podczas swojej wizyty.
Koniecznie zacznijcie od mocnej i stałej pozycji w karcie, czyli trzech czortów. Podawane na czarnej tortilli (wszystkie placki wyrabiane są na miejscu i mimo że nie są idealne, ich domowy charakter urzeka) ośmiornica z salsą picada, przegrzebki z ananasem i agawą oraz krewetki w cieście piwnym i majonezem chipotle to bardzo ciekawe propozycje. Mnie jeszcze bardziej smakują tacos z lucjanem, z kapustą, mango, sosem adobo i kolendrą. Na wielki głód, szczególnie głód mięsa, idealne są tutejsze burritos z żebrami wołowymi, pijaną fasolą i naprawdę pikantną salsą „nagła śmierć”. A jeżeli wolicie coś lżejszego, zajrzyjcie do działu z przystawkami i wybierzcie aguachile z krewetkami w limonce z sałatką z papai, mango i papryczek habanero oraz mocno tropikalnym sosem. Jedzenie jest świetne, punkowo-latynoski wystrój wesołego kartelu – jeszcze lepszy, a właściciele mają za sobą ładnych parę lat w branży gastro. Sukces, zarówno tego miejsca jak i waszego wieczoru, jest gwarantowany.
Gringo Bar
ul. Odolańska 15, Dobra 53, Koszykowa 63
W skrócie można by powiedzieć, że ten niepozorny koncept serwuje dania fast food w duchu slow food. Niepozorny, bo ciężko nazwać go restauracją. Lokalom bliżej do budek z burgerami. Jednak jedzenie jest tu na restauracyjnym poziomie, chociaż podane na jednorazowych, ekologicznych naczyniach. Zastanawiacie się więc, o co tu chodzi? O prostotę i bezpretensjonalność. Naturalne składniki, sól himalajska, cukier z brzozy, luz oraz znajomi przesiadujący przy barze i sączący piwo z kucharzami i właścicielem, to tutaj codzienność. Bo właśnie po to Maciej „Bilon” Bilka, znany z formacji Hemp Gru raper, otworzył pierwsze miejsce pod banderą Gringo Baru – żeby mieć gdzie spotkać się z przyjaciółmi i zjeść uczciwą porcję burrito.



Zarówno ono, jak i pozostałe pozycje z bardzo krótkiego menu w stylu tex-mex (łączącego kuchnie teksańską z meksykańską) dopracowane są do perfekcji. Chili con carne napakowane jest świeżymi pomidorami i porządną porcją dojrzewającego cheddara, szarpana wołowina w tacos rozpływa się w ustach, a salsy, np. z papai i estragonu albo mango z chili, zamieniają zwykłe pudełeczko z nachosami w kapitalne danie. Jeżeli więc szukacie miejsca z pysznym jedzeniem i niezobowiązującą atmosferą albo lubicie popijać truskawkową margaritę na chodniku przed barem, to miejsce jest stworzone dla was.
El Popo
ul Senatorska 27
Nie wiem, czy El Popo trzeba komukolwiek przedstawiać, bo ta restauracja meksykańska w Warszawie w tym roku obchodziła swoje 27 urodziny i jest jedną z pierwszych (jeżeli nie pierwszą) restauracją meksykańską w stolicy, a może nawet w kraju. Należąca do słynnego rodzeństwa warszawskich restauratorów, Agnieszki i Marcin Kręglickich, odważnie serwowała quesadille już w czasach, kiedy w innych jadłodajniach w mieście można było zamówić niewiele ponad de volaille’a z frytkami i gołąbki. Od tego czasu nie wiele się w lokalu zmieniło. Czy to źle, czy dobrze, to już kwestia gustu. Dla mnie przaśność kolorów, meksykańskich dywanów i wielkiej kanapy na dziecińcu przed wejściem ma swój niezaprzeczalny urok i, mimo że dekoracje nieco przytłaczają, to ta niezmienność gwarantuje swojego rodzaju poczucie bezpieczeństwa, a lokal jest wiecznie pełen rodzin i od lat ma stałych klientów.


Podobnie jak klimat, menu też w zasadzie się nie zmienia i zawsze można tu dostać ulubione klasyki – enchiladas z kurczakiem, bardzo dobre chilli con carne, obowiązkowego batata zapiekanego z serem solankowym, migdałami i papryką, fajitas z krewetkami, czy dobrze znane częstym bywalcom machete – ręcznie robione tortille hojnie wypełnione polędwicą wołową, kurczakiem, czarną fasolą i warzywami, po której nikt nie wyjdzie stąd głodny. Poza niekwestionowanym, ponadczasowym czarem, jakim otoczone jest El Popo, na uznanie zasługują tutejsze desery. Już sama obecność w karcie mojego ulubionego wilgotnego, mlecznego ciasta torta de tres leches jest powodem, żeby zarezerwować tu stolik.
Bar Pacyfik
ul. Hoża 61
Słowo „bar” w nazwie nie zostało użyte przypadkiem. Pacyfik to bar w całym tego słowa znaczeniu i przychodzi się tu przede wszystkim na drinki, a jedzenie ma im jedynie towarzyszyć. Karta koktajli jest długa. Spróbujcie słodkiego Isla de Mujeres z tequilą, likierem z cascary, wanilią marakują, białkiem i pudrem malinowym, karaibskiej Pacynocolady z rumem, kokosem, ananasem, limonką i migdałami, albo autorskiej wersji Bloody Mary z wódką kimchi, srirachą, przyprawami gochugaru i tajin i octem winnym. Jeżeli wypróbujecie już wszystkie kompozycje z barowego menu, zawsze możecie poprosić o coś „spod lady” – sam Wojciech Modest Amaro poleca tutejszą Miso Margharita. Jeżeli wolicie łagodniejsze alkohole rozsmakujcie się w cheladas, czyli popularnych w Meksyku mieszankach piwa z owocami, ziołowymi kordiałami i słodkimi syropami. Wybór mieszanek alkoholowych jest spory, jednak lokal specjalizuje się przede wszystkim w czystych, zamawianych na kieliszki tequilach i mezcalach, a łącznie wysokoprocentowych napojów z agawy jest tu ponad trzydzieści.
Kuchnia, w weekendy otwarta do późnych godzin nocnych, łączy składniki i dania krajów znad Pacyfiku. Dominują tu meksykańskie i karaibskie potrawy podkręcone koreańskimi i tajskimi produktami, ale swoje miejsce mają też hawajskie bowle (polecam ten z tuńczykiem, czarnym ryżem, rzepą arbuzową i sezamem). Silną pozycję wywalczyły sobie wielkie porcje frytek zapieczonych z serem, szarpaną wieprzowiną lub jackfruitem, nori i płatkami bonito lub krabem i salsą z mango. Obojętnie czy wybierzecie się tu w słoneczne popołudnie, żeby sączyć drinka, chowając się przed zachodzącym słońcem za grubymi żaluzjami, czy we wnętrzu inspirowanym stylem amerykańskich plażowych barów rodem z lat osiemdziesiątych postanowicie spędzić całą noc, gorących propozycji jedzenia i picia na pewno wam nie zabraknie.