werandcountry.pl weranda.pl
Reklama - Kontynuuj czytanie poniżej
  • W podróży
  • Restauracje

Marisqueira O Tonico. Najlepsze owoce morza nad brzegiem Atlantyku

autor: Agnieszka Kaszuba

Portugalię najlepiej poznaje się nie przez zabytki, tylko przez ludzi, jedzenie i codzienne rytuały. I choć w Lizbonie czy Porto znajdziesz niejedną znakomitą restaurację, prawdziwa magia dzieje się poza utartymi trasami. Tam, gdzie wieczorem unosi się zapach czosnku i grillowanej ryby, gdzie do stolika podchodzi ktoś, kto naprawdę zna menu, a potem zostawia cię w spokoju, bo przecież masz czas. Właśnie tak działa Marisqueira O Tonico, rodzinna restauracja w São Pedro de Moel, w okolicach Paredes da Vitória. 

Marisqueira O Tonico to na prawdę mała restauracja w niewielkiej nadmorskiej miejscowości w środkowej Portugalii, niedaleko Nazaré i Alcobaçy. W tym miejscu życie toczy się o wiele wolniej, fale oceanu są bliżej niż sklepy, a kolacje zaczynają się dopiero wtedy, kiedy w innych krajach kończą się już wieczorne wiadomości.

Najprostsze jest najlepsze

Do Marisqueira O Tonico trafiliśmy podczas naszego pierwszego wieczoru w Portugalii. Jednak to, co tu zjedliśmy, zostanie z nami na długo. Restauracja ta bowiem, to nie tylko kulinarna atrakcja, ale także sposób na celebrowanie spotkania i bycia razem. Widać to od razu, kiedy przekracza się próg O Tonico: miejsca przy stołach zajmują całe rodziny i to reprezentując kilka pokoleń.

My, spragnieni smaków oceanu, zaczęliśmy od gotowanych krewetek, przygotowanych jedynie w solonej wodzie. Niby nic wielkiego, ot, zwykła klasyka, ale to właśnie było mistrzostwo prostoty. Krewetki miały lekko słony, morski posmak i były podane dokładnie tak, jak trzeba: bez sosów, bez udziwnień. Sam produkt, ale za to jakiej jakości.

Potem na stół wjechały małże z masłem, pietruszką i sokiem z limonki. Znów proste składniki, ale aromat dania był tak intensywny, że już samo wąchanie sprawiało przyjemność. Małże były świeże i delikatne, a masło z limonką zrobiło swoje. Smak? Wszystko było kremowe, lekko kwaśne, ziołowe. Jedliśmy je z kawałkami grillowanej bułki, którą zresztą później "wyczyściliśmy" nasze talerze do czysta, bo jeśli coś tak smakuje, przecież nie może się zmarnować.

Wprawdzie w O Tonico już po przystawkach będziesz najedzony, ale przed tobą jeszcze danie główne. Specjalnością i restauracji, i regionu jest ryba z makaronem w pomidorowym sosie z kolendrą, czyli massinha de peixe. Niektórym może skojarzyć się z tradycyjną polską pomidorową, ale zdecydowanie to nie to samo. Sos jest słodszy niż nasza rodzima zupa i trochę dymny, z porządną dawką kolendry, która dodaje świeżości. Ryba jest duszona w tym wywarze i później podawana w kawałkach razem z sosem i makaronem w głębokiej patelni, z której nakładają sobie wszyscy. 

Dodatkowo spróbowaliśmy też grillowanego okonia morskiego – serwowanego w całości, z cytryną, zieloną fasolką i ziemniakami. Zero kombinowania: po prostu dobrze przygotowana świeża ryba.

W karcie znajdziecie też klasyki takie jak açorda de marisco, czyli zupę chlebową z owocami morza, arroz de marisco – gęsty ryż z owocami morza, oraz różne odmiany bacalhau. Są dania z grilla, proste sałatki, a przede wszystkim solidne porcje. Wszystko pachnie morzem i ziołami.

Do dań serwowane jest wino. My wybraliśmy białe wino z regionu Lisboa: lekkie, rześkie, pasujące idealnie do owoców morza, kojarzące się trochę z grecką retsiną.

W Marisqueira O Tonico nie wypuszczą was bez deseru. Specjalnością miejsca są domowe lody. Ale niech was to nie zmyli. W rzeczywistości to rodzaj tortu z masą lodową sowicie oblanego karmelem. 

Po jedzeniu w Portugalii obowiązkowo pojawia się także kawa i to bez względu na porę dnia (u nas była to godzina 22)Mocna, krótka, bez zbędnych ceregieli. Portugalczycy nie kończą posiłku inaczej.

Krewetki
Małże
Restauracja specjalizuje się w owocach morza. Fot. A. Kaszuba
Ryba z makaronem
Lokalne wina
Daniem popisowym jest massinha de peixe, czyli ryba z makaronem. Restauracja posiada także szeroki wybór lokalnych win. Fot. A. Kaszuba

Posiłek, to więcej niż jedzenie

W Portugalii nikt nie je w biegu. Nawet jeśli coś się dzieje szybko, jak espresso przy barze, to i tak ma swój specyficzny rytm. Jedzenie jest tu elementem życia codziennego, ale też formą spotkania, rozmowy, odpoczynku. I choć Portugalczycy są skromni i nie lubią robić wokół siebie szumu, przy stole potrafią celebrować jak nikt inny.

Codzienne jedzenie jest tu raczej proste, ale nigdy byle jakie. Śniadanie (pequeno-almoço) to zazwyczaj kawa i mała słodka bułka np. pão de Deus z wiórkami kokosowymi albo klasyczny pastel de nata. Są też kanapki z serem lub szynką, ale raczej bez warzyw. Jednak tak  naprawdę dzień zaczyna się od bica, czyli portugalskiego espresso: mocnego, aromatycznego, wypijanego przy barze, często w milczeniu, z gazetą lub krótką rozmową z właścicielem kawiarni.

Obiad (almoço) to wciąż najważniejszy posiłek dnia, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Lokalne restauracje oferują tzw. prato do dia, czyli danie dnia, zwykle coś konkretnego: ryba z ziemniakami, mięso z ryżem, czasem zupa. Ceny są przystępne, porcje spore (o czym przekonywaliśmy się na każdym kroku), a atmosfera luźna. 

Obiad, obiadem, ale to kolacja (jantar) jest prawdziwym rytuałem. Portugalczycy, jak na nasze standardy, jedzą późno i powoli. Restauracje zaczynają się zapełniać dopiero po godzinie 20, a najbardziej gwarno robi się około 21–22. Do stołu siada się tu zdecydowanie bez pośpiechu. Najpierw małe przekąski: oliwki, chleb, ser, czasem pasta z tuńczyka lub suszonych pomidorów. Potem zupa (często warzywna caldo verde z jarmużem i chouriço to klasyk), a dopiero potem podawane jest danie główne. Między posiłkami rozmawia się, popija wino, uzupełnia wodę i o dziwo, nikt oprócz turystów, nie zagląda w telefon. Nawet dzieci siedzą do końca: bawią się, rysują, słuchają lub przysypiają na kolanach rodziców lub dziadków.

W niedzielę lub święta cała rodzina potrafi spędzić przy stole nawet trzy godziny. To czas wspólny, który się pielęgnuje. W portugalskiej kulturze rodzinnej wspólny stół to centrum życia i reczywiście widać to także w restauracjach.

Warto też pamiętać, że kawa po kolacji to niemal obowiązek. Espresso, jak tego doświadczyliśmy podczas niejednej kolacji, zamawia się automatycznie, nawet jeśli jest już grubo po 22. Co ciekawe, Portugalczycy często dodają do niej trochę mleka albo piją ją jako café pingado, czyli espresso z dosłownie kroplą mleka. I co dziwne, zasypiają po tym spokojnie, niczym niemowlęta. 

W kuchni portugalskiej odbijają się zdecydowanie wpływy historyczne. Kiedyś było imperium kolonialne, stąd obecność przypraw, cynamonu, kolendry, a nawet potraw z wpływami afrykańskimi czy brazylijskimi. Ale najbliższe sercu są tu proste, lokalne smaki: ryba z grilla, ziemniaki, oliwa z oliwek, świeże warzywa i chleb, który zawsze trafia na stół, niezależnie od zamówienia.

I to właśnie ta codzienna, naturalna kuchnia, bez udziwnień, bez modnych nazw, sprawia, że jedzenie w Portugalii to nie tylko smak, ale i styl życia. Zamiast robić zdjęcie dania, ludzie tu po prostu siadają i jedzą. Bo to dobry moment. Bo są razem. Bo mają czas.

Plaża w Portugalii
São Pedro de Moel
Widoki w okolicy São Pedro de Moel zapierają dech w piersiach. Fot. A. Kaszuba

Między oceanem a lasem

Jeśli po obiedzie lub kolacji chcesz zrobić coś więcej niż tylko wrócić do hotelu, to São Pedro de Moel i Paredes da Vitória ma kilka asów w rękawie. To miejsce, które łączy wszystko, co kojarzy się z portugalskim wybrzeżem: szeroką i przepiękną plażę, wydmy (jest tu największa wydma w Europie o szerokości 200 metrów i wyskości 50 m), sosnowe lasy i strome klify z widokiem na Atlantyk.

Latem życie toczy się tu głównie w rytmie plaży. Można spacerować po miękkim piasku, popływać w oceanie albo po prostu usiąść na murku i patrzeć, jak fale rozbijają się o skały. Wieczorem wszystko zwalnia, a na ulicach pojawiają się mieszkańcy na spacer, na lody, na kawę. Dzieci jeżdżą na rowerach, starsi przysiadają na ławkach, sa miejsca, gdzie zbierają się wspólnie, aby podziwiać zachód słońca. Jest sielsko, ale nie nudno. Między Paredes a São Pedro de Moel ciągnie się ścieżka rowerowa i piesza, wijąca się przez las i wzdłuż wybrzeża. Idealna na popołudniowy spacer albo dłuższą przejażdżkę (droga dla rowerów ma 62 km długości).

Z Paredes warto wyskoczyć także do pobliskiego Nazaré. To własnie tu można podziwiać gigantyczne fale. To mekka surferów z całego świata. Został tu pobity rekord świata w surfowaniu na wysokiej fali – miała ona 26 metrów wysokości, czyli tyle co 10-kondygnacyjny wieżowiec. Można także zajrzeć do Alcobaçy, gdzie znajduje się imponujący klasztor cystersów wpisany na listę UNESCO i przejść się klimatycznymi uliczkami miasteczka. 

To wszystko razem: ocean, las, zachody słońca, kolacja z owocami morza i kieliszkiem wina, sprawia, że pobyt w tej części Portugalii zostaje w głowie na długo. Bez filtrów i wielkich planów. 

Zostań z nami

Bądź na bieżąco