- W podróży
Ale jaja! Gdyby nie psikus, tych miejsc w Warszawie by nie było
Rynek na okrągło
Wyobrażacie sobie, że Rynek Starego Miasta miałby tylko trzy pierzeje, zamiast wszystkich czterech? Taka groźba była całkiem realna. A działo się to podczas odbudowy Warszawy po II wojnie światowej. Właśnie wtedy – jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało – architekci, urbaniści i władze miasta stały przed niepowtarzalną szansą na poprawienie trapiących mieszkańców bolączek i dokończenie wizjonerskich przedwojennych inwestycji.
Na celowniku znalazła się wschodnia ściana (pierzeja) staromiejskiego Rynku. Nieistniejąca, bo zniszczona w czasie działań wojennych. Gdyby jej nie odtworzono, oczom przechodniów otworzyłaby się wspaniała perspektywa na wschód. A kierunek wschodni był w tym czasie ze wszech miar pożądany.

Jak głosi miejska legenda (ale udokumentowana w pamiętnikach architektów i budowniczych), szef odbudowy Starówki – profesor Jan Zachwatowicz – miał z własnej kieszeni opłacić robotników. Ci, w ciągu jednej nocy odtworzyli fasady parterów kamienic wschodniej pierzei.
Następnego ranka plac budowy miał wizytować Bolesław Bierut i delegacja władz. Kiedy zobaczył, że polski robotnik zbudował (mimo oficjalnych wytycznych), prezydent musiał zareagować. Dał zgodę na kontynuację pracy (niszczenie pracy polskiego robotnika dla tej formacji politycznej było niedopuszczalne) i Rynek Starego Miasta odzyskał przedwojenny kształt i zabudowę.
Król na kolumnie? Obraza majestatu
Mało brakowało, a w Warszawie nie byłoby kolumny Zygmunta. Powód? W XVII wieku, kiedy Władysław IV zdecydował się wystawić ojcu pomnik, kolumny były zarezerwowane dla postaci świętych oraz rzymskich cesarzy. Tym razem miał na niej stanąć całkiem świecki (choć religijny) monarcha. Państwo Kościelne wysłało swojego emisariusza, który miał odwieść polskiego króla od popełnienia takiego świętokradztwa czy też, mówiąc delikatniej, złamania tradycji.
Nuncjusz przyjechał do Warszawy i zagroził wyrzuceniem Rzeczpospolitej z grona państw katolickich. Ale spotkała go spora niespodzianka. Został przyjęty i ugoszczony w stojącym na dzisiejszym placu Zamkowym klasztorze bernardynek. Problem polegał na tym, że… papieski wysłannik nie mógł opuszczać murów zakonu. Został po prostu czasowo aresztowany. W ten sposób król kupił sobie trochę czasu, by dokończyć stawianie kontrowersyjnej kolumny.


Prace, w których wzięło udział czterech architektów i rzeźbiarzy, dobiegły końca, a Zygmunt III Waza dostał do jednej ręki miecz, do drugiej – wielki krzyż. Kiedy nuncjusz – uwięziony przecież tuż obok placu budowy – został wreszcie uwolniony, jego oczom ukazała się wysoko, na kolumnie postać arcykatolickiego króla z wielkim krzyżem. Trzeba przyznać, że było to zręczne posunięcie, a protest przeciwko takiej akurat formie pomnika było dla nuncjusza cokolwiek kłopotliwe. Jak to się skończyło, sami wiecie: kolumna została z nami przez kolejne stulecia.
PS. Wprawdzie nie tak dawno jedna z badaczek podważyła historię o ostrym sporze i uwięzieniu nuncjusza przez zbuntowanych warszawian, ale… przyznacie, że opowieść brzmi wiarygodnie, a przy tym sensacyjnie.
Palma bez Nowej Jerozolimy
Jeszcze dwadzieścia lat temu egzotyczne drzewa można było podziwiać w Warszawie tylko w oranżeriach ogrodów botanicznych. Teraz jest inaczej: jedno z głównych skrzyżowań w centrum stolicy, rondo de Gaulle’a zdobi palma. Wprawdzie sztuczna, ale wygląda zupełnie, jak jej naturalne odpowiedniki. To instalacja artystki Joanny Rajkowskiej zatytułowana „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”. I właśnie o te aleje chodzi.
Gdyby nie ich nazwa, palma nie miałaby tu racji bytu. A nazwy by nie było gdyby kształt miasta i jego stosunków społecznych i handlowych w dawnych wiekach. Ujmując rzecz skrótowo: społeczność żydowska – obecna w Warszawie od średniowiecza – w zależności od potrzeb władcy i siły chrześcijańskich kupców – cieszyła się mniejszymi lub większymi prawami. Co kilkadziesiąt lat otrzymywała zgodę na osadnictwo albo przynajmniej na handel.

W czasach panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego perturbacjom nie było końca i w konsekwencji tuż za rogatkami powstała osada Nowa Jerozolima. Drogę do niej prowadzącą nazwano Drogą Jerozolimską, dziś to właśnie Aleje Jerozolimskie.
A palma, choć cokolwiek surrealistyczna, to od lat jeden z najchętniej fotografowanych stołecznych pomników i znak, że nad Wisłą życie nie jest wyłącznie na serio.
Amerykanie znad Wisły
Co macie przed oczyma, kiedy słyszycie „Waszyngton” albo „Ameryka”. Zapewne ostatnim, co przychodzi na myśl, są bezładnie porozrzucane w latach siedemdziesiątych wysokie bloki. Tymczasem, gdyby nie psikus historii, poczciwy stołeczny Ursynów – znany mieszkańcom innych miast choćby z serialu „Alternatywy 4” – mógł nazywać się właśnie Waszyngton, a może Ameryka. Powód?
Ziemię w tej okolicy kupił w XIX wieku jeden z największych ówczesnych pisarzy, Julian Ursyn Niemcewicz. W życiu sprawował wiele funkcji, był m.in. prezesem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, ale i sekretarzem Tadeusza Kościuszki. To właśnie z nim ruszył do tworzących się wówczas Stanów Zjednoczonych. Tam poznał ojców założycieli nowego narodu, a u Jerzego Waszyngtona… gościł dni kilka! Kiedy po dekadzie spędzonej w USA wrócił do Polski, wraz z nim przyjechała żona Amerykanka.

Niemcewicz żywił duży sentyment do „ziemi wolności” i chcąc upamiętnić ją pod Warszawą, nosił się z zamiarem – o czym wspominał w pamiętnikach – nazwania swojej ziemi Ameryką lub Waszyngtonem. Czemu tego nie zrobił? Im głośniej afiszował się z tym pomysłem, tym więcej życzliwych głosów mu go odradzało. Trudno się dziwić: nową nazwę trzeba było zarejestrować w urzędzie. A że Warszawą akurat rządzili Rosjanie, wspominanie niepodległej Ameryki raczej nie byłoby im w smak. Stanęło na bezpiecznym, odimiennym „Ursynowie”. I może trochę szkoda: „Jestem z Waszyngtonu” brzmiałoby przecież trochę dostojniej.
Dylematy odbudowy
Odbudowywana po II wojnie światowej Warszawa miała być miastem nowoczesnym i wygodnym do życia. Miejsce wąskich wąwozów ulic miały zająć szerokie arterie. Sztandarową była Trasa W-Z (skrót od: Wschód-Zachód) przebiegająca pod placem Zamkowym. Ale nie obyło się bez perturbacji: na środku planowanej trasy stały rozległe pozostałości pałacu Przebendowskich-Radziwiłłów, którego początki sięgały XVIII wieku.
W sporze, czy pałac należy rozebrać, by zrobić miejsce na drogę szybkiego ruchu, czy zachować zabytek naprzeciw siebie stanęli zwolennicy radykalnych metod (czytaj: rozbiórki) i ci, dla których historia stanowiła wartość nadrzędną. Tej drugiej frakcji przewodził – znany nam już ze Starego Miasta - profesor Jan Zachwatowicz. Efekt? Wprawdzie rozebrano boczne oficyny, ale korpus pałacu odbudowano, a dwie nitki trasy W-Z oplotły go z dwóch stron. Pałac – który Janusz książę Radziwiłł zgodził się oddać Państwu w zamian za mieszkanie – prędko stał się siedzibą Muzeum Lenina, a dziś jest w nim Muzeum Niepodległości.
Po kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny stojący kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy (przedwojenne Leszno, potem ul. Karola Świerczewskiego, dziś aleja Solidarności) historia upomniała się trochę później. Na początku lat 60. Kiedy władze podjęły decyzję o poszerzeniu ulicy, okazało się że świątynia stoi na jej środku. Nie zdecydowano się jednak jej zburzyć, ale… przesunąć o 21 metrów. Misterna inżynieryjna operacja przygotowywana była dwa lata.
Nic dziwnego: kościół ważył, bagatela, 6,8 tys. ton. Budynek odcięto od gruntu, a w miejsce fundamentów wsunięto żelbetowy ruszt i sześć torów z rolkami. Karkołomna operacja trwała 226 minut. Kościół sunął do tyłu z prędkością 9,3 metra na minutę. Pozostałość dawnego obrysu świątyni zobaczysz dziś (najlepiej wczesnym rankiem lub późnym wieczorem, bo to ruchliwa arteria) na północnej jezdni alei Solidarności, przed fasadą kościoła.